Doktryna ograniczonej suwerenności

Koalicja Europejska: Włodzimierz Czarzasty, marek Kossakowski, Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer, Władysław Kosiniak-Kamysz


Na propozycję wspólnej listy opozycji wyłanianej w prawyborach spośród konkurujących ze sobą kandydatów partyjnych ze strony znających się na rzeczy „realistów” niemal zawsze w odpowiedzi słyszałem: „oni się na to nigdy nie zgodzą”. Ta odpowiedź – zresztą prawdziwa – nie przestaje mnie przerażać

Kim są mianowicie „oni”? Kiedyś to byli komuniści i stojące za nimi ruskie czołgi oraz doktryna ograniczonej suwerenności Krajów Demokracji Ludowej. Temu skojarzeniu nie umiem się oprzeć, kiedy widzę, że „oni” to dziś po prostu szefowie opozycyjnych partii, a ich interes wspiera tym razem nie przemożna siła obcego mocarstwa, tylko nasza własna impotencja. „Oni się nie zgodzą” jest przede wszystkim zawsze werdyktem zamykającym dyskusję. To przedziwna sytuacja – odwrócenie sytuacji normalnej, w której to raczej ubiegający się o poparcie politycy usiłują wypełniać żądania, roszczenia, postulaty i aspiracje wyborców, albo chociaż odpowiedzieć na ich potrzeby. Obowiązuje jednak doktryna ograniczonej suwerenności i suweren najwyraźniej jej przestrzega. Jak zdołaliśmy zabrnąć aż tak daleko w kolejną niemożność polskiej historii? I jak możemy ją przełamać? O tym trochę w tym tekście.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Ustrój, nie wyborcze sześciopaki


Dyskusja nad wyborczymi listami – którą sam tu przesądzam, ale która oczywiście jest wciąż przed nami – musi uwzględniać rachunek zysków i strat dla partii. Jej elementem musi być analiza doświadczeń ostatnich wyborów. Z jakichś jednak powodów nie do pomyślenia byłaby debata liderów partii np. z przedstawicielami organizacji obywatelskich, w której dowiedzielibyśmy się jak to się stało, że np. do wyborów europejskich próbowano skutecznie z wyjątkiem Wiosny pójść jednym blokiem, choć żadnego ordynacyjnego sensu w tym nie było, natomiast w wyborach sejmowych, gdzie elementarny rozsądek nakazywał konsolidację, zrobić się tego nie dało. Jakie naprawdę i czyje interesy grały rolę w każdym z tych przypadków, że strategie wyborcze przyjęto odwrotnie w stosunku do tego, co dyktowała arytmetyka. Co naprawdę stało za frazesami o „walce o Polskę”, bo z całą pewnością jednak nie Polska, o prawdziwej Republice nie wspominając, kiedy się spojrzy na fakty.


Okoliczności ostatnich wyborów – zgoda na ustalenie ich terminu w sposób drastycznie łamiący konstytucję tym razem z udziałem opozycji w zamian za uzyskaną przez nią możliwość wymiany kandydata, przy jednoczesnym odrzuceniu oferty Gowina proponującego ni mniej ni więcej tylko odwrócenie sejmowej większości, a więc odsunięcie PiS od władzy – wszystko to nie doczekało się żadnej poważnej publicznej rozmowy, a równocześnie cała ta sytuacja każe wątpić, czy stawką w partyjnych planach jest rzeczywiście wyborcze zwycięstwo, bo na nie nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł liczyć, kiedy te negocjacje trwały za czyimiś zamkniętymi drzwiami.

Dzisiaj politycy nie mają powodu, by widzieć w opinii publicznej cokolwiek poza przedmiotem wyborczego marketingu. Dobitnie wyraził to kiedyś Sławomir Neumann w podsłuchanej i złośliwie ujawnionej przez TVP, boleśnie przecież jednak prawdziwej recenzji kondycji obywatelskiego społeczeństwa i demokratycznych ruchów społecznych. Suwerenność obywatelską trzeba dopiero budować. I wiele wskazuje, że trzeba to robić w jawnym sprzeciwie wobec partyjniackiego politycznego folwarku, zatem w jakimś sensie wbrew partiom. Dyktowany paraliżującym lękiem przed PiS zakaz krytyki partii opozycji trzeba będzie umieć w sobie przełamać. Kluczem są media, kłopotliwe dla polityków pytania dziennikarzy – ktoś musi wyrażać opinię publiczną, bo to jej brakuje w politycznych kalkulacjach partii i to dlatego polityka nie działa prawidłowo.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Opozycja polityczna w Polsce istnieje jedynie formalnie


Prawybory, w których każda z partii wystawia własną listę, a jedna lista wspólna powstaje w głosowaniu wyborców, muszą się opłacać partiom – chyba, że umiemy obejść się bez nich i wyobrazić sobie najbliższy parlament bez znanych nam dzisiaj polityków. Powiem otwarcie: ja nie umiem, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciał. Gdybyśmy jednak mieli nawet wybierać wyłącznie spośród „znanych i lubianych” działaczy partyjnych, to jednak fakt, że miejsca na liście zawdzięczaliby wyborcom, a nie rekomendacji partyjnych bossów, czyniłby ich przynajmniej w jakimś stopniu politykami obywatelskimi. To zawsze coś. I na tym polega „obywatelski interes” w tej grze – poza oczywiście szansą zwycięstwa i wyjścia z impasu. Dokładnie z tych samych powodów partie odrzucają to rozwiązanie. Na czym polega interes partyjny? Dlaczego korzyści dla partii jednak nie przesądzają i dlaczego nie przesądzają oczywiste korzyści dla nas, wyborców? Popatrzmy trzeźwo i bez uprzedzeń.

Wbrew konieczności dzielenia się trofeami kampanii ze słabszymi koalicjantami, właśnie prawybory wyłaniające wspólną listę powinny się opłacać wszystkim politycznym graczom – w tym również najsilniejszym partiom. Dlatego, że również w prawyborach oczywiście zwycięży najsilniejszy. Pomysł prawyborów wzorowaliśmy na doświadczeniach centrolewicy włoskiej Romano Prodiego – tkwiącego wówczas w beznadziejnej dlań wojnie z populistyczną prawicą Berlusconiego, co było sytuacją w pewien sposób podobną do dzisiejszych polskich zmagań. Przywództwo Prodiego było oczywiste – nikt inny spośród 11 uczestniczących partii nie mógł wygrać prawyborów i z grubsza z tą samą sytuacją mamy do czynienia w Polsce, gdzie oczywistym faworytem jest PO i Rafał Trzaskowski. Mimo oczywistości właśnie Prodi uparł się, żeby prawybory przeprowadzić zamiast ogłosić się liderem – co byłoby do przeprowadzenia łatwe. Prodi dostrzegł sposób umocnienia własnej pozycji mandatem społecznym, uwiarygodnienia demokratycznych intencji polityków dość wówczas mocno skompromitowanych, integracji rozbitego obozu i pozyskania dla siebie przynajmniej części wyborców partii tak egzotycznych jak choćby dwie uczestniczące w przedsięwzięciu partie komunistyczne. To wszystko się udało i to właśnie dzięki prawyborom Prodi dokonał w 2006 roku niemożliwego: pokonał Berlusconiego i uzyskał stabilną większość w obu izbach parlamentu, co we Włoszech nie zdarza się często. Prawybory okazują się zatem grą o niezerowej, dodatniej sumie – korzystają w niej wszyscy. Lider nie dominuje fizycznie likwidując konkurentów, a choć oddaje im część „własnych”, biorących miejsc na wspólnej liście, to zwiększa pulę, bo wygrywa, rozbijając bank. Dostaje więcej niż dostałby idąc sam lub podporządkowując sobie partnerów.


Od roku 2005, kiedy włoska centrolewica zorganizowała prawybory i odniosła spektakularny sukces w wyborach samorządowych prawybory przeprowadzano we Włoszech w bardzo różnych wariantach regularnie do 2018 roku – i zebrano sporo doświadczeń. Pokazują one dwie rzeczy kluczowe również w polskiej sytuacji. Tam, gdzie prawybory są organizowane, frekwencja w wyborach właściwych rośnie w skrajnych przypadkach nawet o 10% w stosunku do okręgów, w których ich nie organizowano, a to przesądza o wyniku jak nic innego. Po drugie znikają wady „prawa sumy elektoratów”. To fakt, że np. część komunistów zniechęconych porażką własnych ulubieńców i zwycięstwem nielubianego przez nich Prodiego we właściwych wyborach została w domu – ale tylko część: znikoma wobec wzrostu frekwencji wywołanego mobilizacją i zdobytym w niej wielkim mandatem zaufania.

Interes mniejszych partii jest tym większy. W wyborach małe partie chcą się głównie policzyć. Od wyborów oczekują nie zwycięstwa, bo ono możliwe nie jest, ale wyniku pozwalającego budować przyszłość. Szczególnie wyraźnie widać to, kiedy wystawiają kandydatów na prezydenta – wtedy bez wątpliwości chodzi wyłącznie o punkty. Konsekwencją tego faktu jest przy okazji coś, co przedwyborcze debaty i recenzje komentatorów pomijają całkowicie. Wyborcze deklaracje programowe tych partii mają mianowicie sens specyficzny i bardzo ograniczony przez fakt, że z całą pewnością żadna z nich nie będzie rządzić samodzielnie i wobec tego żadnego własnego programu nie zrealizuje. Nie da się poważnie traktować np. obietnic lewicy formułowanych tak, jakby nikt tam nie zdawał sobie sprawy, że o prawa gejów przyjdzie się targować z chadecką według określenia Neumanna Platformą, w tym np. z Kazimierzem Ujazdowskim – jednym z jej senatorów. Sądzę, że fałsz tych deklaracji jest przynajmniej przeczuwany przez potencjalnych wyborców. To dodatkowo obniża wiarygodność polityki. Bezpośrednim zaś skutkiem startu małych partii dla nas – dla wyborców marzących o demokratycznej zmianie – jest poza tym przede wszystkim rozbicie głosów i porażka, jeśli wyborami rządzi algorytm d’Hondta. Interes tych partii staje w ten sposób w bezpośredniej sprzeczności z naszymi aspiracjami. To trzeba wiedzieć, niekoniecznie odsądzając te partie od czci i wiary, bo tak objawiający się partykularyzm jest po prostu wpisany w logikę parlamentaryzmu. W normalnie funkcjonującej parlamentarnej demokracji aspirujące formacje muszą grać w ten sposób. Nie ma dla nich innych szans rozwoju.


PRZECZYTAJ TAKŻE: Co jest polityką realną, a co tylko szkodliwym zawracaniem głowy


Rzecz jednak w tym, że oczywiście sytuacja nie jest normalna. Postulat „liczenia się” jest nie do spełnienia. To jedna ze sprzeczności, z którymi nie umiemy sobie poradzić intelektualnie. Aspirujące partie zachowują się, jakby o niej nie wiedziały. Tymczasem nawet w dwuturowych wyborach prezydenckich (na poziomie i gminy, i państwa) działa „efekt Rozenka”. Andrzej Rozenek – przypomnę – był jednym z 14 kandydatów na prezydenta Warszawy w ostatnich wyborach samorządowych. Wystawiony przez SLD był kandydatem ciekawym, sondaże dawały mu czasem wynik dwucyfrowy i on bardzo SLD cieszył, choć przecież nikt tam nie liczył na zwycięstwo. Chodziło bowiem właśnie o policzenie się – zresztą pierwsze od czasu zniknięcia z parlamentu w 2015 roku. Dwie tury wyborów dawały możliwość lepszą i bezpieczniejszą niż jakiekolwiek inne wybory – głosowanie na Rozenka w I turze nie tworzyło zagrożenia, że na „rozbiciu głosów” skorzysta Jaki. W wyborach Rozenek uzyskał jednak 1,5% głosów. Był ledwie „szumem tła” w wyborczym przekazie, który mówił: to jest wojna PiS z PO. Szumem i niczym więcej byli zresztą wszyscy – cała dwunastka kandydatów innych niż z PO i PiS uzyskała w warszawskich wyborach niespełna 15% głosów, a interesujących postaci było w niej więcej. Podobne doświadczenia ma również Wiosna, której poparcie mierzone sondażami na 16% spadło do 6% w wyborach. Tak działa wojenna logika. Prawdopodobnie wielu sympatyzujących z Rozenkiem wyborców jeszcze wychodząc z domów szło głosować na niego, przed urną jednak, oko w oko z zagrożeniem, przyszło już na nich „otrzeźwienie” i decyzja, by najskuteczniej przeciwstawić się Jakiemu. Podobny mechanizm działał w przypadku Wiosny, choć kompletnie nie miał sensu. Rozbicie głosów nie mogło działać na korzyść PiS akurat w tych wyborach, a jednak propaganda o „nierozbijaniu głosów” była tak silna, że sam się obawiałem, czy w wyborach europejskich Wiosna zdoła w ogóle przekroczyć próg – jego nieprzekroczenie byłoby już zaś prawdziwym nieszczęściem.


Patrząc z tej perspektywy, 13% Hołowni jest nie lada osiągnięciem, choć to była pierwsza, więc bezpieczna tura w dwuturowym głosowaniu. Moje własne 15% w większościowym głosowaniu senackim zmierzyło siłę sprzeciwu wobec wojennej taktyki na pozornie wyższym poziomie, ale to przecież Warszawa: ten wynik byłby nie do powtórzenia w innych miejscach w kraju. Z kolei uzgodnienie wspólnego startu z listy najsilniejszej partii lub koalicji – w dzisiejszych warunkach chodzi oczywiście o PO/KO – ma swoją wielokrotnie opisaną cenę i wobec tego nie ma sensu, choć w pewnych sytuacjach może się opłacać politykom, jak opłaciło się politykom Nowoczesnej, choć sama ich partia przestała istnieć – dostali mianowicie nieporównanie więcej wygrywających miejsc, niż byliby w stanie uzyskać w jakimkolwiek głosowaniu powszechnym.

To zresztą stara strategia dużych partii w działaniach na rzecz powiększenia dominacji – niewygodnym konkurentom daje się biorące miejsce i ich krytycyzm znika bez śladu. Biorące miejsca na liście – możliwość rozdawania politycznych synekur jest podstawowym i raczej jedynym narzędziem „skutecznej polityki realnej” i wiedzą o tym wszyscy ci komentatorzy, głośno wypowiadając jednak co najwyżej owo cytowane już „oni się nigdy nie zgodzą”. To właśnie to narzędzie usiłowałem wytrącić im z ręki kandydując przeciw Ujazdowskiemu, dlatego naraziłem się wszystkim – nie tylko Schetynie. Na tym polegał w rzeczywistości mój zamach i śmiertelny grzech – nie na tym, że dawałem szansę PiS, bo o tym, że PiS w tym okręgu żadnych szans nie miał i żadne rozbicie głosów ich nie dawało, wiedział w PO każdy, kto umie liczyć i myśli.

Prawybory są szansą na zachowanie tożsamości i równocześnie uniknięcie „efektu Rozenka”. To głosowanie pozbawione presji szantażu, że „wygra PiS”. Małe partie liczyć się mogą i zdobywać przyczółki właśnie w prawyborach – można bez ryzyka założyć, że prawyborczy wynik byłby dla nich bez porównania lepszy niż rezultat jakiegokolwiek plebiscytu przeciw PiS. Żadnego z liderów aspirujących partii nie udało się nam jednak przekonać do otwartego wyzwania PO na (pra)wyborczy pojedynek. Robert Biedroń przed europejskimi wyborami mówiący o jednej liście wyłonionej w prawyborach w odpowiedzi na wezwania, by nie rozbijał opozycji startując osobno, nie mógł na tym stracić niczego – przedstawiłby się nam jako troszczący się o wspólnotę demokrata, zamiast jako wątpliwej klasy showman rozbijający młotem mur z napisem PO-PiS. Stracić – odmawiając – mógł wyłącznie Schetyna, bo odmowa oznaczałaby wyłącznie chęć dominacji, brak poszanowania dla „głosu ludu” i nieszczerość zaproszeń do „demokratycznej koalicji” na uczciwych warunkach zachowania autonomii.

Kiedy z niemałym wysiłkiem usiłuję zrozumieć logikę odmowy Biedronia i innych, to jedyną przyczyną, którą potrafię wskazać, jest niechęć do porzucenia tego podstawowego narzędzia dzisiejszej polskiej polityki, jakim są decyzje o miejscach na liście. To przywilej bossów. Tych wielkich i tych aspirujących. To konkretny wróbel trzymany przez nich mocno w garści. Trzeba by go z rąk wypuścić, by złapać kanarka. Wyborczy sukces jest jednak wyłącznie dla nas, wyborców piękny aż tak bardzo, by zaryzykować wypuszczeniem wróbla. W twardych kalkulacjach partyjnych zwycięstwo liczy się zdecydowanie mniej niż w naszych, ponieważ – uwaga – politycy nie przegrywają w wyborach. Biorące miejsca partii pozostają biorącymi w ogromnej większości – niezależnie od tego, czy partia wygra, czy przegra.

Myślę, że kluczem są tu media, które opinię publiczną organizują i wyrażają wobec polityków. Tylko wtedy politykom będzie się opłacało to, co opłaca się nam. Żadna perswazja nie zda się na nic. Dość wyraźnie to widać, jeśli spojrzeć na awanturę z głosowaniem o pensje, na partyjne komentarze o „Nowej Solidarności”, czy zamieszanie wokół przywództwa Borysa Budki. Dobrze nie wróży też transferowa atmosfera u Hołowni.

fot. Wikipedia

Total Page Visits: 17 - Today Page Visits: 1

5 thoughts on “Doktryna ograniczonej suwerenności

  1. „oni się na to nigdy nie zgodzą” to jest proste stwierdzenie faktu i wyraz istoty aktualnego ustroju politycznego w Polsce, który bez większego ryzyka można nazwać kontynuacją ustroju okupacyjnego (reżimy rozbiorowe, sanacyjne, nazistowskie, komunistyczne) na terenie Polski. W takich reżimach władza pochodzi od „Boga, bagnetów, bezprawia, przemocy i kłamstwa” a lud to tylko petent zdany na łaskę lub niełaskę okupanta.

    Kliki medialno-nomenklaturowe obecnie okupujące i zniewalające Polskę nigdy nie oddadzą swej władzy dobrowolnie. A takim oddaniem władzy byłyby właśnie
    zarówno wprowadzenie wewnętrznej demokracji w swoich organizacjach, a definitywnie wprowadzenie realnej demokracji w systemach wyborczych w oparciu o urzeczywistnienie zasad powszechności, równości i wolności wyborów.

    Wewnętrzna demokracja wymagałaby otworzenia się organizacji na obywateli i oddolny wybór nominatów partyjnych (jak również ich rozliczanie) przez tychże obywateli. Dzisiaj w partiach nie ma w ogóle obywateli. Są wyłącznie członkowie nomenklatury i być może w części pretendenci.

  2. Ostatnio był przezabawny „sondaż”, w który, PiS uzyskał 37% „ruch Hołowni” 22% a „ruch Trzaskowskiego” 20% (może pomyliłem kolejność dwóch ostatnich). Pomijam już debilizm i perfidię, takich „sondaży”, ale tu po części została ujawniona absurdalność, fikcyjność i medialność tego tzw. „systemu politycznego”. Dwa „ruchy”, które w praktyce w ogóle nie istnieją – jeden ma szczątkowe, raczkujące, w sumie mgliste struktury, drugi jest na razie czystym pomysłem, to co mają to dwa medialnie lansowane ryje – zgarniają większość „wyborczą” w Polsce. Jak to się mówi, Mrożek by tego nie wymyślił.

  3. I jeszcze mała uwaga techniczna. Autor znowu fałszywie operuje metodą d’Hondta. Ta metoda jest zwykłym, w niektórych warunkach nawet sensownym sposobem przeliczania głosów wyborców, o ile jest stosowana w miarę dużych okręgach wyborczych, powiedzmy, rzędu wielkości średniej wielkości województwa, czy też 600.000-1.000.000 wyborców. W Polsce stosuje się 5% próg wyborczy w skali kraju wobec wyborów przeprowadzanych w okręgach. To nie ma nic wspólnego z metodą d’Hondta, lecz jest bandyckim trikiem mafii medialno-partyjnych wykluczającym całe społeczeństwo z udziału w powszechnych, równych i wolnych wyborach oraz dający pełny monopol władzy dla tych mafii.

  4. Dodam, że ten mafijny trik w postaci progów wyborczych w skali całego (i dużego) kraju jest stosowany w Rosji, w Turcji, czy nawet Włoszech z wiadomymi podobnymi skutkami, czyli przesiąkniętych mafijnością systemów politycznych. W Niemczech jest system mieszany, w którym też jest próg wyborczy, ale dzięki systemowi mieszanemu i specjalnymi wyjątkami dotyczy on tylko ogólnokrajowych powszechnych partii politycznych. Podmioty lokalne i indywidualne nie są z procesów wyborczych i uczciwej szansy wyboru systemowo wykluczane, jak w Turcji, Polsce, czy Rosji.

  5. Wczoraj mięliśmy kolejny popis solidaryzmu i symetryzmu POPIS-komuchów w Sejmie. Nie chcę się tutaj wypowiadać co do idei ochrony zwierząt, ale nic nie usprawiedliwia łajdackiego, partyzanckiego procesu legislacyjnego, wprowadzania ustaw na kolanie w parę godzin po nocach, bez dyskusji i bez czytania, a przede wszystkim łamania podstawowych zasad państwa prawa, w tym zaufania do stabilności prawa i do państwa. Facecik sobie wymyślił, że mu się jakaś branża gospodarki nie podoba i przez noc sobie całą branżę likwiduje z oklaskami i podniesionymi rękami tzw. „opozycji”. Kolejny dowód, że POPIS-komuchy są z jednego korzenia i stanowią to samo.

    ciekawy jest jednak rozłam w tzw. „Zjednoczonej Prawicy”. Może kurduplowi się już znudziło rządzenie i chciałby wygodnie pogrillować „opozycję” z pozycji „opozycji” mając w ręku tzw. „prezydenta”, tzw .”Trybunał Prostytucyjny” oraz niekonstytucyjną mega-dziurę w budżecie. Pożyjemy, zobaczymy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *